Poród „zaplanowany”

Adaś
Porodu nie da się zaplanować, zawsze może być coś nie po naszej myśli. Pierwszy poród był cały nie po mojej myśli. Drugi na pewno będzie lepszy, bardziej przewidywalny… bo wiem co mnie czeka! Ze skierowaniem na cesarkę pojechałam z Bartkiem 13 października ( niedziela ) do szpitala. Mała część była zaplanowana… dziwnym przypadkiem czekała na nas pani Iza – nasza położna. Planowana cesarka nie może być już taka straszna, jak ta którą przeżyłam z Alą. Dziewięć miesięcy żyłam z myślą, że mnie pokroją. Dokładnie wiedziałam jak ma ten zabieg wyglądać… tylko że usłyszałam od pani doktor (tej samej co robiła cesarkę przy Ali – ale to już naprawdę zbieg okoliczności)… „Rodzimy naturalnie – nie ma wskazań do cesarki, bo wcześniejszy poród przez cesarskie cięcie to żadne wskazanie!”
Eeeee… Ale ja mam kartkę… I tam jest napisane CESARKA!
Wszystko mi się przypomniało. JA, zwolenniczka naturalnych porodów, niby zaczęłam rodzić Alę naturalnie, ale oprócz siedzenia na łóżku i miłej rozmowy z położną nic fajnego nie kojarzę – później już tylko krzyki, cięcie i płacz…
Teraz już nie jestem zwolenniczką naturalnego porodu i przecież mam na to kartkę!!!
Argumenty pani doktor były jednak trafne i nie do podważenia. „NIE MA WSKAZAŃ!!!” To, że miałam cesarkę, nie oznacza wcale, że druga ciąża też musi tak się zakończyć. I ciągle mówiła do Bartka: „Jak chcą państwo trzecie dziecko, to musimy urodzić naturalnie.”… Ale… Ale jakie trzecie? Jak ja jeszcze drugiego nie urodziłam!!!
Jeszcze trzy razy robiłam podejście do pani doktor : „A może jednak tniemy mój brzuch i wyciągamy Adasia?” Nie!
Wzięłam się w garść! Urodzę! Ja nie urodzę?! Ale jest jeden warunek – do 19 muszę się wyrobić, później zamykam wrota i koniec. Adaś siedzi w brzuchu do następnego dyżuru pani Izy.
Mimo wszelkich starań wody mi nie odeszły, postępu nie było, więc miałam przekłuty pęcherz – nic nie bolało. Nawet było to przyjemne – czułam, jakbym leżała w wannie, która wypełnia się cieplutką wodą… Wypełnia? „Pani Izo, miało się sączyć, a ze mnie się leje jak z fontanny!” Chyba naprawdę było tego bardzo dużo, bo następnego dnia byłam tematem nr 1 u położnych. Istna powódź!
Skurcze… Na początku luz blues – tak to ja urodzę na pewno. Regularne skurcze zaczęły się o 11 (więc zaliczamy to do rozpoczęcia porodu). O 15 nie było już mi tak wesoło! Piłka, kucanie, leżenie nic mi nie pomagało, a zmęczenie ogromne. ZMIENIAM ZDANIE – NIE CHCĘ JUŻ RODZIĆ!!!
Za późno! Rodzę i moje prośby na nic… Ale jest nadzieja – znieczulenie! Tylko, że jest niedziela, chyba jeden anestezjolog na cały szpital. Ciągle przerywałam Pani Izie rozmowę z anestezjologiem – ja muszę być pierwsza w kolejce, musi przyjść do mnie!!! No i moje prośby zostały wysłuchane… Jest!
Mierzą mi ciśnienie, a ja marzę o tej igle w kręgosłup! „Nie możemy zrobić znieczulenia – ma pani za niskie ciśnienie (100/60).” Jakie niskie? Jak na mnie to mega wysokie (sprawdzają w karcie). I widzę jak wyciągają tę wymarzoną igłę. W porównaniu do katorgi, jakie przeszłam przy skurczach, to znieczulenie to pikuś! Dziesięć minut i jakbym nigdy nie zaczęła rodzić. Jest cudownie, widzę skurcze jedynie na KTG, leżę grzecznie i odpoczywam. Przez cały czas jest z nami Pani Iza, bo na oddziale rodzę tylko ja! Jakby to podsumować to taki prywatny poród (ja, mąż, położna i Pani doktor). Warto rodzić w niedzielę trzynastego.
Ciągle gadałam (jak zawsze), Pani Iza usłyszała historię mojego życia podczas porodu. To, czego nie mogłam znieść, to głód i Pani Iza z ukrytą w buzi kanapką… Pamiętam to dokładnie : wyłania się zza ściany i tylko kiwa głową a ja czuję ten cudny zapach… Ale nie tylko Pani Iza mnie zdradziła. Mój własny mąż poszedł na obiad, a ja nie dość, że odwalam najgorszą robotę, to jeszcze na głodnego.
Na godzinę przed oficjalnym pojawieniem się Adasia na świecie znieczulenie przestało działać. Taka była umowa, znieczulenie miało mi pomóc zebrać siły, a urodzę już bez leków. Wróciły skurcze, bardzo silne, okrutnie bolesne – miało boleć, ale nie aż tak. Znowu zmieniam decyzję. NIE RODZĘ! Ale już nikt mnie nie słuchał. To był bardzo aktywny poród, nie leżałam, rodziłam z pomocą położnej. Na kucka było najlepiej! Nagle wchodzą trzy kolejne położne z następnej zmiany, pamiętam je z pierwszego porodu… one mnie też, bo ciężko nie zapamiętać takiej gaduły. Mam skurcz, kucam, a z Panią Izą pod łóżko zaglądają wszystkie babeczki… nie no, rewelacja, niech sobie popatrzą, już mi wszystko jedno. Jeszcze parę minut na łóżku – nauka mocnego parcia (to odliczanie do 10 jak na filmach to rzecz niewykonalna). I nagle słyszę : „Widać główkę! Idziemy rodzić!”
A teraz to niby co robiłam? To były wczasy – nie poród? A jak zejść z łóżka, jak widać główkę? Sturlałam się z niego i wtoczyłam na fotel porodowy. Skurcz – przemy, skurcz – przemy, skurcz … i nagle czuję przyjemne ciepło – podglądam jednym okiem, a tam Adaś! Pani Iza odebrała małego i położyła mi go na brzuchu! Jest taki cieplutki, wspaniały i krzyczy! Ja też krzyczę: „Niech go Pani trzyma, Pani Izo, niech go pani trzyma, bo go upuszczę!” (W końcu krzyczałam, bo cały poród byłam grzeczna, nawet nie jęknęłam). Cała się trzęsłam – w końcu poród to przecież nie lada wysiłek! Wszystko tak szybko się działo: pozujemy już w trójkę do zdjęć, Bartek przecina pępowinę ( chodź czasami mam wrażenie że jakaś niewidzialna nitka została, bo Adaś jest taki do mnie przywiązany ). Nic do siebie nie mówiliśmy … nadmiar szczęścia nas przytłoczył!
Jest cudowny i od razu dopadł się do piersi… Prawdziwy chłopak.
Nasz Synek!

Poród naturalny, który przeżyłam był cudowny. Zawdzięczam go UPARTEJ pani doktor i opiece pani Izy i Bartka. Wiele emocji, euforia i ogrom szczęścia – tylko to pamiętam z mojego „zaplanowanego” porodu. Od 13.10.2013 roku jestem miłośniczką porodu naturalnego! 😉
P.S.
Adaś ma więcej zdjęć , tata nie ograniczył się do dwóch jak przy narodzinach Alicji!

 

A oto Adam  P1150930

One thought on “Poród „zaplanowany”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *